Szpieg - część III
Panny Wharton i ich ciotka, stojąc przy oknie, z głębokim zajęciem śledziły rozgrywającą się przed ich oczyma scenę.
Sara spoglądała na zbliżających się rodaków z uśmiechem pogardliwej obojętności, lekceważyła bowiem nawet powierzchowność ludzi służących niegodnej, według niej, sprawie buntu. Panna Peyton natomiast patrzyła na nich z dumą, były to bowiem wyborowe wojska jej rodzinnej kolonii, zaś wszystkie władze Fanny pochłaniała wyłącznie jedna myśl i jeden cel.
Oba oddziały nie zetknęły się jeszcze, gdy bystre oczka dziewczęcia spostrzegły jednego jeźdźca i wydało jej się, że nawet koń pod nim rozumiał, iż niesie nieprzeciętny ciężar, tak lekko kopyta jego dotykały ziemi i tyle było wdzięku i dumy w poruszeniach szlachetnego rumaka.
Młody dragon siedział na siodle ze śmiałością i swobodą znamionującą, że czuje się panem siebie i swego rumaka; wyniosła, kształtna i muskularna jego postać łączyła w sobie harmonijne rozmiary siły i sprężystości. Temu to oficerowi zdał raport Lawton, gdy jechali obok siebie w stronę domu.
Serce Fanny biło gwałtownie, gdy kawalerzysta wstrzymał konia i obrzucił budynek oczyma, których blask widocznym był z daleka; a gdy zeskoczył z siodła, dzieweczka zbladła i zaczęła drżeć tak silnie na całym ciele, że na chwilę musiała osunąć się na krzesło.
Dowódca wydał parę szybkich rozkazów swemu podkomendnemu i przeszedłszy żwawym krokiem dziedziniec, zbliżał się do domu. Wówczas Fanny powstała i zniknęła z pokoju. Dragon zdążył zaledwie wejść na stopnie tarasu, gdy drzwi wchodowe otwarły się na jego przyjęcie.
Fanny była jeszcze tak młodziutką, opuszczając miasto, że to ochroniło ją od poświęcenia jej wrodzonych powabów na ołtarzu mody. Jej złociste włosy, nie wytorturowane pracowitą fryzurą, spadały w naturalnych lokach, ocieniając twarzyczkę jaśniejącą urokiem zdrowia i młodości, oczy patrzyły wymownie, lecz usta milczały, ręce trzymała splecione przed sobą, a w jej wiotkiej, nieco ku przodowi pochylonej postaci było tyle nieopisanego wdzięku, że rozkochany w niej wojak stanął przez chwilę jak wryty.
Fanny wprowadziła go do pustego gabineciku, na wprost jadalni, w której cała rodzina była zgromadzona, po czym obu dłońmi ujmując jego rękę, wykrzyknęła:
- Och! Dunwoodie, jakże szczęśliwą jestem z wielu względów, że cię widzę; przyprowadziłam cię tu z umysłu, aby cię przygotować do nieoczekiwanego spotkania z drogim ci przyjacielem.
- Bez względu na to, czemu to zawdzięczam - zawołał młodzieniec przyciskając do ust jej ręce - ja również jestem szczęśliwy, że mogę ujrzeć się z tobą sam na sam, ukochana moja. O! Fanny, okrutną jest ta próba, na jaką mnie wystawiłaś; wojna i przestrzeń mogą wkrótce rozdzielić nas na zawsze.
- Musimy poddać się rządzącej nami konieczności. Ale nie wyznań miłosnych chcę słuchać teraz; o ważniejszych rzeczach mam z tobą do pomówienia.
- Cóż może być ważniejszego ponad nierozerwalny węzeł, któryby nas połączył na zawsze! Fanny chłodną jest dla mnie, dla mnie, który wśród dziennych trudów i nocnych popłochów ani na jedną chwilą nie straciłem z myśli twego lubego obrazu.
- Drogi Dunwoodie! - rzekła Fanny, wzruszona prawie do łez, wyciągając do niego rękę, podczas gdy twarzyczka jej odzyskiwała stopniowo zwykły różany koloryt - znasz moje uczucia; po skończeniu wojny ta ręka jest twoją na zawsze, ale nie mogę przystać na ściślejszy związek pomiędzy nami, dopóki walczysz przeciwko memu jedynemu bratu. W tej chwili nawet brat ten czeka twego postanowienia, abyś powrócił mu wolność lub poprowadził na niechybną śmierć.
- Twój brat! - wykrzyknął Dunwoodie, blednąc - twój brat! wytłumacz się; jakież straszliwe znaczenie kryją twoje słowa?
- Czyż kapitan Lawton nie powiedział ci, że zaaresztował dziś Henryka? - rzekła Fanny ledwo dosłyszalnym głosem, utkwiwszy w ukochanym wzrok pełen najgłębszego bólu.
- Powiedział mi tylko o zaaresztowaniu przebranego kapitana 60-go pułku, nie mówiąc gdzie i kogo - odpowiedział major takimże samym tonem i zasłoniwszy twarz rękoma, starał się ukryć miotające nim uczucia przed wzrokiem ukochanej.
- Dunwoodie! Dunwoodie! - wykrzyknęła Fanny, czując że dotychczasowa ufność opuszcza ją, ustępując miejsca najstraszliwszej obawie. - Co znaczy twoje wzruszenie?
A gdy major podniósł zwolna twarz, na której piętnowała się głęboka boleść, ciągnęła dalej:
- Przecież nie wydasz twego przyjaciela - mego brata - twego brata - na haniebną śmierć!
- O! Frances! - wykrzyknął młodzieniec z rozpaczą - cóż ja mam uczynić?!
- Uczynić! - powtórzyła, patrząc na niego błędnymi oczyma. - Czyżby major Dunwoodie wydał w